Drugi biegun

Gigantyczne kocisko umościło się na moim brzuchu, korzystając z tego, że zagłębiłam się w lekturze. Pyskaty król wszystkich kotów, dziewięć kilogramów czystej, żywej miłości. Bezinteresownej i szczerej (zazwyczaj). Spocząwszy wygodnie, włącza silnik do mruczenia, nadając sygnał o mocy, pi razy ucho, osiemdziesięciu decybeli. Leżymy w pełnej, niewymuszonej zgodzie, jedno czyta, drugie mruczy i pochrapuje. Za oknem zimny wiatr; tym milej. Od czasu do czasu, przerzucając kartkę, od niechcenia głaszczę futrzaka. Osłaniam książką twarz, żeby uniknąć mokrych pocałunków. Co za dużo, mówię kotu, to niezdrowo.

Koty nie przejawiają oznak empatii, stąd potrzeba wyznaczania ścisłych granic. Granice są czysto teoretyczne, bo – skoro nie mają empatii – koty skorzystają z każdej okazji, żeby je bez poczucia winy przekroczyć. Całować mokrym nochalem. Pchać się z pyskiem do talerza. Deptać brudnymi łapkami czyste prześcieradło. Ostrzyć pazury o ulubiony fotel, et cetera. (Wyznaczam granice jedynie po to, żeby z dumą twierdzić, że je wyznaczyłam. Kotu to obojętne, kot jest uroczym psychopatą).

Książka, którą czytam, leżąc z kocurem mruczącym na moim brzuchu, to rzecz o empatii, co jest dość istotne, ponieważ dzisiejszy felieton dotyka tego zjawiska, choć nie wprost. Dziś jesteśmy na drugim biegunie, gdzie empatia osiąga poziom zero, zmieniając się we własną karykaturę.

Oto moja lektura: „Teoria zła. O empatii i genezie okrucieństwa”. Autorem jest Simon Baron-Cohen, brytyjski psycholog kliniczny. Z czystym sumieniem mogę ją polecić każdemu, kto zadaje sobie pytanie, skąd, u diabła, jest na świecie tyle zła.

Wstaję, z wysiłkiem, lecz delikatnie przelewam kocie cielsko na fotel, on protestuje i fuka. Jasne, wszak kot nie musi udawać, że obchodzi go coś poza nim samym i kocią wygodą.

Obliczam: półtorej godziny wspólnego leżenia to będzie trzy razy czterdzieści dziewięć złotych, co daje sto czterdzieści siedem złotych. Dajmy jakiś rabat z okazji Black Friday; powiedzmy dziesięć procent upustu, to będzie do zapłacenia… czekajcie niechże policzę… sto trzydzieści dwa złote i trzydzieści groszy.

Pytacie, kto komu i za co? Chwileczkę, zaraz wszystko się wyjaśni, chociaż nie do końca.

Spójrzcie na ten anons znaleziony w sieci: Jesteśmy pierwszym w Polsce salonem, który oferuje usługę profesjonalnego przytulania w Warszawie. W zabieganym świecie, w którym ludzie poświęcają sobie mało czasu i uwagi, tworzymy miejsce, w którym możesz odzyskać spokój ducha i poczuć się wyjątkowo.

Dalej następuje wyliczenie zdrowotnych korzyści z przytulania (z cytowaniem badań naukowców, oczywiście amerykańskich), oferta z cenami pojedynczych sesji i pakietów, piętnaście pozycji przytulania do wyboru i entuzjastyczne opinie klientów płci obojga. Sesja półgodzinna kosztuje marne czterdzieści dziewięć złotych. Godzinka zaś jedyne siedemdziesiąt dziewięć. I to w promocji, o la, la.

Zespół przedstawia się tak: Jesteśmy grupą osób, które uwielbiają się przytulać. Nasz zespół Przytulaczy jest złożony z otwartych i serdecznych osób, które z przyjemnością zajmą się Tobą podczas sesji.

W tym miejscu ogarniają mnie wątpliwości natury psychologiczno-ekonomicznej, mianowicie dręczy mnie pytanie, dlaczego jakiś niedogłaskany klient ma płacić za przyjemność Przytulaczy, którzy uwielbiają się przytulać? Czy nie powinno być odwrotnie?

Ale żarty na bok, bo płakać się chce. Odkryłam, że na drugim biegunie empatii znajduje się jej groteskowa siostra – MONETYZACJA. Biznesowy uśmiech, biznesowy uścisk, biznesplan przytulania, ryczałt przytulania, pakiet przytulania, podatek od przytulania. Po jaką cholerę mamy tworzyć jakieś interpersonalne więzi, inwestować czas i emocje w bliskie związki, skoro można pójść do salonu i za jedyne czterdzieści dziewięć zł (w promocji) pozwolić Przytulaczowi (w pozycji kotek, wężyk lub zaplątaniec) „wpłynąć pozytywnie na mój autonomiczny układ nerwowowy”? Wśród licznych zachwytów nad nową usługą w mediach pojawiły się sugestie, że taki karnecik na przytulanie może być miłym prezentem dla bliskiej osoby. Próbuję sobie wyobrazić powód, dla którego zamiast przytulić męża czy teściową miałabym im kupować wizytę w salonie. Cóż by to mogło być? Trąd? Pęcherzowe zapalenie skóry?

Gdybym zaś sama miała skorzystać z płatnego przytulania, odtrąbiłabym osobistą porażkę życiową i subiektywny koniec świata. A przy okazji: przytulę bezpłatnie.

ANNA NOWAKOWSKA  

Zdziwój Nowy, 28 listopada 2017 r.

Opublikowano Społeczeństwo | Otagowano , , , | Skomentuj