Martwa strefa

Agnieszka F. zażądała, żeby nazywać ją „siostrą dyrektorką Bernadettą”. To roszczenie wypowiedziała w sali sądowej, zajmując miejsce na ławie oskarżonych. Gdy już było jasne, że dowody jej winy są niezbite, ta kobieta upominała się o swoje tytuły; taką ma hierarchię wartości, że swoją wartość szacuje najwyżej. Czy świat dowiedziałby się prawdy o wewnętrznym życiu sierocińca, zarządzanego przez zakon Sióstr Boromeuszek, gdyby jeden z byłych wychowanków nie popełnił zbrodni? Ujawnienie czynów dyrektorki – przemocy fizycznej, psychicznej i pomocy w gwałtach na dzieciach – kosztowało co najmniej jedno życie. Puszka Pandory została otwarta dopiero wtedy, gdy oskarżony zaczął mówić o własnej przeszłości. Morderca dorastał w Ośrodku Wychowawczym Sióstr Boromeuszek w Zabrzu. Był jedną z dziesiątek ofiar. Najpierw był gwałcony, później sam gwałcił. Wreszcie, po latach, już jako dorosły mężczyzna, zamordował dziecko. Agnieszka F., która życzy sobie, żeby nazywać ją siostrą dyrektorką Bernadettą, została skazana prawomocnym wyrokiem za swoje czyny. Przez dłuższy czas unikała odbycia kary.

Z kolei lekarka Anna M. nie została jeszcze osądzona. Sprawa wlecze się od wielu lat, a „pani doktor” wciąż przyjmuje pacjentów; do niedawna była biegłą sądową. 1871 – tyle godzin spędziło jedno z dzieci w izolatce. Inne stały boso na mrozie, były odurzane lekami i karane iniekcjami z soli fizjologicznej. Anna M., kierując oddziałem psychiatrycznym dla młodzieży w Starogardzie Gdańskim, urządziła tam własny miniobóz koncentracyjny, z systemem okrutnych kar. Fragment listu, jaki personel placówki wysłał do rzecznika praw dziecka: „Dzieci ubrane w przykrótkie, podarte, popielato-niebieskie piżamy stoją na baczność w ogromnej sali wspartej dwoma filarami. Wzdłuż 24-osobowego szeregu przechadza się filigranowa kobieta o zimnych, ostrych rysach i przenikliwym spojrzeniu. Przemierza całą salę z rękami założonymi do tyłu. Przygląda się temu personel pielęgniarski, który jak zahipnotyzowany wpatruje się w postać szalonej pani doktor. Niektóre dzieci mają szerokie paski na biodrach, a oba nadgarstki spięte skórzanymi pasami. Wyglądają, jakby zapięto je na stojąco w dyby. Dr Anna wystukuje żołnierski rytm. Dlaczego dzieci ustawiono w szeregu? Doktor spytała je: co to są kłykciny kończyste? Nie wiedziały. Musiały stać na baczność przy filarach przez osiem godzin. Następnego dnia dwoje z nich nie wiedziało, jakie rozróżniamy organy u kobiet. – No to postoicie sobie do wieczora – powiedziała ordynator. – Jeśli ktoś będzie kucał lub się kładł, to personel ma moje zezwolenie na przywiązanie takiego delikwenta pasami do słupa. Pamiętajcie!”.

Opisywane wydarzenia* miały miejsce w naszym europejskim, cywilizowanym państwie prawa, w dwudziestym pierwszym wieku. Trwały, rozciągnięte w czasie, który ofiarom musiał wydawać się wiecznością. Wiecznym piekłem. Nie w ukryciu, lecz na oczach personelu, czasem za wiedzą zewnętrznych świadków, dzieci były dręczone na tyle sposobów, ile udało się wymyślić oprawczyniom. Trudno w to uwierzyć, jeśli nie przeczyta się zebranego materiału dowodowego, w tym zeznań ofiar i naocznych świadków. Nawet czytając, wciąż trudno uwierzyć, bo umysł się buntuje przeciwko skondensowanemu złu.

Co łączy te dwie straszne opowieści, jedną z południa, drugą z północy kraju? W moim przekonaniu wspólnym mianownikiem jest dojmujący BRAK. Lodowata pustka w miejscu, gdzie powinno być coś żywego. Martwota i ciemność. Wygaszony mózgowy obwód empatii, zimna czeluść. Jak dawno porzucony piec, który już nie ogrzewa ludzkiej duszy, więc dusza staje się zła. (Popatrzcie: jedynie w felietonie można sobie pozwolić na takie pomieszanie porządków, żeby w jednym zdaniu pomieścić biologię i moralność, mózgowy obwód i zło. Niech żyje felieton, jeden z ostatnich wolnych gatunków literackich).

A teraz najważniejsze: Wystarczy, że jedna pozbawiona empatii osoba znajdzie się na szczycie dowolnej organizacji, żeby zatruć całość. Jak „siostra dyrektorka”. I jak Anna M., upiorna „pani doktor”. Jak wielu innych, o których tu nie napisałam. A skrzywdzonych dzieci nie da się odkrzywdzić, prawda?

Na koniec mam pytanie: Jak to się dzieje, że najważniejszej ludzkiej umiejętności, tego wyjątkowego daru homo sapiens – empatii – w żaden sposób nie rozwija się w programach wychowania przedszkolnego, szkolnego, religijnego etc.? Czy ktoś tam na szczytach decyzyjnych zauważy wreszcie tę martwą strefę?

ANNA NOWAKOWSKA  

* Pisząc ten felieton, korzystałam z reportaży Justyny Kopińskiej, dostępnych w archiwach internetu.

Zdziwój Nowy, 5 grudnia 2017 r.

Opublikowano Społeczeństwo | Otagowano , , , | Skomentuj